Żad­na noc nie może być aż tak czar­na, żeby nig­dzie nie można było od­szu­kać choć jed­nej gwiaz­dy. Pus­ty­nia też nie może być aż tak bez­nadziej­na, żeby nie można było od­kryć oazy. Pogódź się z życiem, ta­kim ja­kie ono jest. Zaw­sze gdzieś cze­ka ja­kaś mała ra­dość. Is­tnieją kwiaty, które kwitną na­wet w zimie.

niedziela, 18 marca 2012

"Niedzielny spacerek"


 
Cudowne, cieplutkie i wspaniałe słoneczko to zdecydowanie dobry powód na wybranie się na spacerek.

Po wspólnym, niedzielnym obiadku wybraliśmy się na spacer do parku róż.

Dawid miał frajdę jak nie wiem, bo dostał od cioci Basi i Madzi hulajnogę.

To jego pierwsza hulajnoga.

Nie zrażał się nie powodzeniem i nieumiejętną jazdą.







Uśmiech i zadowolenie dzieciaczków zawsze rekompensują mi przykre i niemiłe sytuacje, do jakich można zdecydowanie zaliczyć wczorajsze nieprzyjemne komentarze pod artykułem.

Więc mimo smutno zaczętej niedzieli (powód chyba jest oczywisty) spacer z dziećmi pozwolił mi zapomnieć i zrelaksować się.





                                                                        Z ciocią Basią i kuzynką Madzią:)









Pogoda stricte wiosenna- choć jeszcze niezbyt śmiało ale już pomalutku zaczyna być widoczne budzenie się ze snu zimowego całej pięknej zieleni. 

Kaczki pływają po częściowo roztopionym stawie i jest cudownie :)

"Na przekór całemu światu"






Wczorajszy artykuł i reportaż Telekuriera umieszony na Onecie wzbudził wielkie zainteresowanie i spore zamieszanie.

Mój blog zaznał totalnego oblężenia.

Tyle wejść jednego dnia ile było wczoraj jeszcze nie było.

Nawet się tego nie spodziewałam.

Ba…. nawet nie miałam pojęcia, że Onet umieści ten reportaż w wiadomościach krajowych.

Początkowo pomyślałam sobie, że super, że tak się stało, bo więcej osób zobaczy nasz apel o pomoc.

Szybko jednak zmieniłam zdanie….

Wychodzi na to, że jestem bardzo naiwną i zbyt ufną osobą.

Przez myśl mi nawet nie przeszło, że mogą znaleźć się osoby, które w tak brutalny sposób będą pisały o moim dziecku.

„Rozwydrzony bachor”

 „Rozhisteryzowana dziewucha”

 „ W kaftan bezpieczeństwa ją i do zakładu”

 „Warzywom nie warto pomagać trzeba inwestować w zdrowe dzieci, bo one oddadzą to w przyszłości, co się w nie zainwestowało. Warzywa nadają się tylko do zupy.”

 „Tej małej jest potrzebna paskoterapia a nie delfinoterapia”

 „Tej małej trzeba zafundować rekinoterapię,  a nie delfinoterapię”

 To tylko kilka tych negatywnych komentarzy było ich więcej.

Ja wiele jestem w stanie zrozumieć i cenię sobie wolność słowa, ale w moim przekonaniu to przesada.

Jak można ciężko chorą, niepełnosprawną i upośledzoną umysłowo dziewczynkę tak atakować i tak obrażać?

To takie przykre….

Dziękuję tylko Bogu, że Julia nigdy nie będzie w stanie tego przeczytać.

Ja jakoś się z tym uporam, choć przyznam, że, mimo iż staram się tym nie przejmować i nie myśleć o tym jednak podświadomość mnie nie słucha i ciągle gdzieś w mojej głowie kłębią się myśli i te paskudne komentarze.

Nie wiem, co sprawiło, że Ci ludzie tak ją zaatakowali, mnie zresztą też, bo był na przykład jeden taki komentarz, że jestem złą matką i nie kocham Julii, bo gdybym ją kochała była by inna.

Wydaje mi się, że wielu z tych ludzi nie miało nigdy do czynienia z kimś chorym (i nie mam nawet na myśli tak bardzo brzydko mówiąc uszkodzonego dziecka)

W wielu komentarzach pojawiały się, sformułowania, że powinnam ją porządnie pasem złoić.

Pytam, co by to dało?

Zakatowałabym ją prędzej.

To dziecko jest chore to nie jest jej fanaberia, że zachowywała się tak jak się zachowywała.

Jej mózg jest uszkodzony, a ona cierpi z tego powodu, nie robi tego złośliwie czy po to żeby wymusić coś na mnie, (bo takie zarzuty również się pojawiły)

W tytule artykułu zaszła jednak drobna pomyłka.

Wynika z niego, że Julia w dalszym ciągu się tak zachowuje.

Było tak do lipca zeszłego roku.

A po powrocie z delfinoterapii wszystko się zmieniło.

Ja ręką odjął.

 Julia przestała gryźć się do krwi i rwać włosy z głowy, ataki furii i złości całkowicie ustąpiły, zaczęła przesypiać całe noce (wcześniej budziła się nawet, co pół godziny), zasypia spokojna, bez płaczu i złości i w dodatku zupełnie sama.

Zaczęła pozwalać na pionizowanie się-wcześniej było to całkowicie nie możliwe.

 Każda próba kończyła się jej atakiem złości i samo okaleczaniem zanim tak naprawdę się rozpoczęła.

To właśnie te cudowne efekty delfinoterapii.

Wielu ludzi pisało, że jest wiele tańszych terapii.

Owszem jest, ale my jak na razie próbowaliśmy już wszystkiego, począwszy od terapii (różnego rodzaju) skończywszy na wizytach u różnych specjalistów (psychiatry również) i nie przyniosło to żadnych rezultatów.

Jedna z lekarek nawet nam powiedziała (i to specjalista, ale nie napiszę, z jakiej dziedziny), że nie ma pomysłu na Julię.

Więc ja się pytam, kto ma mieć jak nie lekarz?

Zostało nam szukać jakiegoś rozwiązania na własną rękę.

I udało się- znaleźliśmy- delfinoterapia.

Delfiny uwolniły Julię od tych wszystkich niepoprawnych i niebezpiecznych zachowań.

Więc czy ja naprawdę popełniłam tak wielką zbrodnię prosząc o pomoc dla mojej Julinki.

Chcąc i szukając sposobu i nadziei, że może kiedyś po kilku delfinoterapiach przestanie np. tak machać ciągle nóżkami i nie będę musiała robić uników przed kolejnym kopniakiem w twarz a ona może kiedyś przynajmniej usiądzie?

Czy ja naprawdę „naciągam” ludzi tylko po to żeby mieć darmowe wczasy?( taki komentarz również się pojawił)

Chętnie odstąpię te „wczasy” osobie, która uleczy moją córkę. Sprawi, że Julia będzie całkowicie zdrową dziewczynką.

Pojawiły się również zarzuty, że delfinoterapia to jedno wielkie oszustwo.

Kochani nie jestem pierwszą osobą, która zauważyła pozytywne zmiany w zachowaniu swojego dziecka po tego typu terapii.

Jest wiele takich osób.

Są nawet rodzice, którzy celowo przed wyjazdem wykonali u swojego dziecka badanie EEG (miał on zdiagnozowaną padaczkę) i po powrocie powtórzyli badanie.

Wyniki były nieprawdopodobne.

Pani neurolog tego dziecka nawet się wypowiadała, że to niesamowite, ale wynik EEG jest prawidłowy a po padaczce nie ma śladu.

Wszystkich niedowiarków zachęcam do poczytania o delfinoterapii o ultradźwiękach, które wysyłają delfiny a które odbudowują uszkodzone komórki.

Więc na przekór całemu światu będę walczyć i starać się ze wszystkich sił o każdą złotówkę dla Julii.

Będę prosić, błagać, mimo, że to strasznie upokarzające, ale będę walczyć o lepsze, łatwiejsze, szczęśliwsze i przyjemniejsze życie dla mojej najcudowniejszej córeczki pod słońcem.

Jestem jej to winna.

Jestem winna za jej codzienny tak cudowny i szczery uśmiech jak tylko mnie usłyszy….


Jestem winna to również Dawidowi.

Bo przecież kiedyś jak nas już zabraknie na nim spocznie obowiązek opieki nad chorą siostrą.

I muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby Julię „usamodzielnić” na tyle na ile jest to możliwe żeby Dawid miał łatwiej.

Żeby nie musiał się zastanawiać czy sobie poradzi z tak chorą siostrą i żeby przez myśl mu nie przeszło żeby oddać ją do jakiegoś ośrodka.

piątek, 16 marca 2012

"Telekurier"



No i poszło….

Wczoraj został wyemitowany w Telekurierze reportaż o naszej Julce.

Należę do tych osób, które nigdy do końca nie są z siebie zadowolone, gdyby można było nagrać ten materiał jeszcze raz na pewno z takiej okazji bym skorzystała.

Tym bardziej, że nie przepadam za oglądaniem siebie na zdjęciach czy ekranie telewizora- zawsze mam wrażenie, że mogło być lepiej...

Na pewno zmieniłabym kilka swoich wypowiedzi i zachowań....
 
Z całego serca pragnę podziękować realizatorom reportażu za wsparcie, jakiego nam udzielili.

Tak naprawdę to dzięki ich wielkiemu sercu, temu, że nie potraktowali mojego listu z przymrużeniem oka tylko postanowili zrobić materiał więcej ludzi mogło dowiedzieć się o naszej walce o lepsze życie dla Julki i naszym gorącym apelu o wsparcie finansowe na tego typu terapię.

Mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którym nie będzie obojętny los mojej kruszynki i zechcą dołożyć, choć minimalną kwotę na delfinoterapię.

Bo jak już wielokrotnie podkreślałam dla nas liczy się nawet najmniejsza kwota, nawet symboliczna złotówka przybliża nas do wyjazdu z Julią na tą nietypową, ale jakże czyniącą cuda terapię.

„Ziarnko do ziarnka….” Jak głosi przysłowie.

Sami nie jesteśmy w stanie zebrać brakującej sumy.

Na chwilę obecną brakuje nam już tylko a zarazem aż 6000 zł.

Cały koszt to ok. 23000 zł.

Korzystając z okazji chciałam również z całego serca podziękować WSZYSTKIM, którzy dokonali, jakiejkolwiek wpłaty dla mojej córki jak również wszystkim tym, którzy angażują się w nagłośnienie naszej prośby o dofinansowanie turnusu i udostępniają wszelkie moje wpisy...

Dziękuję kochani!!!!

Oczywiście chciałabym podziękować każdemu z osobna i osobiście, ale niestety jest to niemożliwe.

Więc zrobię to tutaj na moim blogu którego już teraz chyba traktuję jak rodzaj jakiegoś pamiętnika jak słuchacza, który nie skrytykuje a wysłucha.

SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRYM LOS MOJEGO DZIECKA NIE JEST OBOJĘTNY I WSZYSTKIM, KTÓRZY DOKONALI DAROWIZNY NA RZECZ MOJEJ CÓRECZKI!!!!

DZIĘKUJĘ….


czwartek, 15 marca 2012

"Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki-artykuł z 2004 roku"

 

 

 Dziś zupełnie przypadkiem natknęłam się na artykuł z 2004 roku.

Aż trudno uwierzyć, że największemu szpitalowi na Śląsku groziło zamknięcie i to w okresie kiedy moja myszka walczyła o życie.

Jaka jest teraz sytuacja nie wiem- pewnie się wszystko poukładało bo nic się na ten temat nie mówi.

Nie podaję linku ponieważ na przeczytanie artykułu potrzebny jest kod za który się płaci, więc wklejam go tutaj....


"Największemu na Śląsku szpitalowi dla dzieci grozi zamknięcie

Małgorzata Goślińska
2004-05-31 , aktualizacja: 31.05.2004 00:00
A A A Drukuj

Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach może przestać istnieć. Komornik zajął już wszystkie konta bankowe szpitala. Rodzice małych pacjentów są zszokowani. - To żenujące - komentują.

Siedmioletnia Kasia przyjechała do GCZDiM aż z Rzeszowa. Cierpi na wadę serca. - Nasz lekarz twierdzi, że tutaj są najlepsi kardiochirurdzy w Polsce - Barbara Trznadel, mama Kasi, tłumaczy, dlaczego pokonały tak długą drogę. Dziewczynka jest już po operacji. Dzisiaj wraca do domu. - Ale będziemy tu często jeździć na kontrole - zapowiada pani Basia. Jest przerażona, gdy dowiaduje się, że szpitalowi grozi zamknięcie.

Bank Ochrony Środowiska sprzedał firmie windykacyjnej Electus z Lubina dług szpitala - 4 mln zł. - Proponowaliśmy spłatę należności w 36 ratach, od sierpnia począwszy, ale Electus skierował sprawę do sądu. W piątek po południu dostaliśmy zawiadomienie od komornika, że zablokował nam konta w 23 bankach. Nawet w tych, w których jeszcze nie otwarliśmy rachunku - informuje Bernadeta Kuraszewska, dyrektorka GCZDiM.

- O przejęciu wierzytelności szpital wiedział już w marcu. Przez dwa miesiące nie podjął żadnych rozmów na ten temat. Zajęcia komornicze są jedynie zabezpieczeniem, a nie właściwą egzekucją - wyjaśnia Marek Falenta, prezes Electusa.

Dla szpitala oznacza to jednak odcięcie od pieniędzy. Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za usługi jedynie przelewem. - Nie dostaniemy nic, jesteśmy bez grosza. Nie kupimy leków, jednorazowego sprzętu, strzykawek, igieł, nici, krwi niezbędnej do zabiegów - wymienia dyrektor Kuraszewska.

Czteroletni Kubuś z Bielska ma ropnia na nerce. Jeśli leczenie nie pomoże, w przyszłym tygodniu czeka go operacja. Jego rodzice Barbara i Wiesław Kurcjusowie nie znaleźli w swoim mieście odpowiedniej opieki dla synka. - W bielskim szpitalu nawet nie można wejść na oddział, a tu nasz Kubuś czuje się jak w domu. Możemy bawić się z nim i spać. Dokąd pójdziemy? - pytają z niepokojem.

Ryszard Stelmaszczyk, rzecznik NFZ, zachowuje stoicki spokój. - Wątpię, że szpital przestanie funkcjonować. Na pewno znajdzie się jakieś rozwiązanie. My realizujemy kontrakt i płacimy na bieżąco za wykonane świadczenia. Nie jesteśmy instytucją charytatywną - ucina.

Prof. Tadeusz Wilczok, rektor Śląskiej Akademii Medycznej, która jest założycielem GCZDiM, próbował wczoraj porozmawiać z Jerzym Hausnerem, wicepremierem, który kieruje resortem zdrowia do czasu wyboru nowego ministra. - Chciałem mu zadać proste pytanie: Co pan szanowny w tej sprawie postanawia? Tylko on może podjąć decyzję o zamknięciu szpitala. Nagrałem mu się na sekretarkę - mówi rektor. Hausner nie zareagował.

Electus zgodził się spotkać z dyrekcją GCZDiM 4 czerwca i oczekuje "racjonalnych dla obu stron warunków spłaty".

A Julia czeka na pierwszy oddech. Urodziła się w szóstym miesiącu ciąży z podejrzeniem wady serca. Ważyła 650 g. Przez trzy miesiące pobytu w GCZDiM nabrała ponad kilo wagi. Jej mama Aleksandra Stachowiak głaszcze ją po główce przez okienko w inkubatorze. - To moje pierwsze dziecko. Gdyby nie ten szpital, na pewno by zmarła - mówi.

Gazeta pl. "

poniedziałek, 12 marca 2012

"Prośba o dofinansowanie delfinoterapii i jedocześnie efekty delfinoterapii u Julci"



Witam serdecznie!!!!

Piszę do państwa  z ogromną prośbą o dofinansowanie turnusu delfinoterapii.

Mimo największych moich starań nie udało mi się zebrać potrzebnej sumy.

Ale może zacznę od początku.

Po raz pierwszy pojechaliśmy z naszą 8 letnią córką na taką formę terapii w zeszłym roku w lipcu.

Turnus był organizowany przez Fundację Dobra Wioska.

Wiele słyszałam o tej formie terapii i bardzo chcieliśmy spróbować,ponieważ dotychczas prowadzone rehabilitacje i wszelkiego rodzaju terapii nie przynosiły nawet minimalnej poprawy.

Julia jest bardzo "trudnym"dzieckiem.

Urodziła się w 25 tygodniu ciąży i ważyła zaledwie 650 gram.Od samego początku musiała stoczyć ciężką i bardzo nierówną walkę o swoje życie.

Wylewy do mózgu, sepsa, pęknięte płuco, retinopatia wcześniacza, skrajne wcześniactwo itp.

Julia, mimo, że ma 8 lat nie potrafi siedzieć, chodzić, mówić, nie sygnalizuje swoich potrzeb, jest dzieckiem bardzo słabo widzącym albo w ogóle niewidomym-trudno to stwierdzić, cierpi na Mózgowe Porażenie Dziecięce, Głębokie upośledzenie umysłowe, zaburzenia snu,zaburzenia koordynacji.

Z dnia na dzień pielęgnacja i opieka nad nią jest coraz trudniejsza,ponieważ Julia mimo swej niepełnosprawności jest bardzo ruchliwa-nieustanie się kręci,pręży,wygina,a w szczególności podczas przewijania,ubierania,sadzania w foteliku.

Wije się jak wąż na wszelkie możliwe kierunki.

Także nie lada sztuką jest ją utrzymać.

Do lipca zeszłego roku Julia mimo,że bardzo często się uśmiechała i wydawało mi się,że rozumie co do niej mówiłam nie okazywała żadnych chęci znalezienia jakieś metody komunikacji,tak samo często jak się uśmiechała wpadała także w ataki furii i złości-wyrywając sobie przy tym garściami włosy i gryząc się do krwi.

Zasypianie było horrorem zarówno dla mnie jak i dla Julii.

Codziennie to samo:przed zaśnięciem atak furii trwający od 30min.nawet do 2 godzin.

Niestety sytuacja powtarzała się ilekroć Julia się przebudziła,a niestety zdarzało się to bardzo często.

Potrafiła się budzić co pół godziny i ponowne zasypianie wyglądało tak jak za pierwszym razem czyli z atakiem złości,furii i agresji.

Po turnusie delfinoterapii nastał cud:

Julia zdecydowanie zrobiła się spokojniejsza,incydenty z samoagresją i okaleczaniem się przy tym całkowicie minęły.

Julia zasypia zupełnie sama bez złości i rwania włosów z głowy i przesypia całe noce bez przebudzenia.

Jestem w 100%przekonana,że to delfinki sprawiły.

Kolejnym cudem było to,że Julia bardzo świadomie zaczęła słuchać wszystkiego co do niej mówię i na proste pytania odpowiada mi uśmiechem(jeżeli chce mi odpowiedzieć tak to uśmiecha się)

Zaczęliśmy również terapię komunikacji alternatywnej bo w Julii jakby się coś odblokowało.

Widać ogromny postęp i jej ogromne starania,żeby spełnić moją prośbę.

Oczywiście póki co są to bardzo proste prośby jak np.
Żeby podniosła główkę do góry albo puściła mi piosenkę na jednej z zabawek ale to dopiero początek naszej drogi.

Wklejam link  tu jest filmik na którym widać to o czym piszę:
http://www.zrozumieccisze.blogspot.com/2012/01/w-koncu-do-przodu.html

Większość specjalistów mówiło nam zawsze ,że Julia ma bardzo głębokie upośledzenie umysłowe i,że nie ma najmniejszych szans żeby cokolwiek rozumiała czy wręcz próbowała się komunikować,a jednak pomylili się z czego ogromnie się cieszę.

Do dnia dzisiejszego w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć,że to wszystko się dzieje,modlę się żeby nie okazało się ,że to tylko sen...

Żeby te efekty podtrzymać i dążyć do dalszych postępów konieczne jest kontynuowanie terapii z delfinkami przynajmniej raz w roku.

Niestety nie udało mi się zebrać odpowiedniej sumy na subkoncie córki.

Zebraliśmy ok 12 tysięcy zł.więc bardzo dużo nam brakuje.

Z własnych środków nie jestem w stanie nic dołożyć ponieważ pracuje tylko mój mąż.

 Wynagrodzenie które otrzymuje nie starcza nam czasami nawet na podstawowe opłaty.

Jesteśmy 4 osobową rodziną.

Oprócz Julki mamy jeszcze niespełna 4 letniego synka.

Dlatego szukam na wszelkie możliwe sposoby pomocy w dofinansowaniu delfinoterapii i serce mi pęka na myśli,że jak mi się nie uda to Julka może cofnąć się w rozwoju i to co jej się teraz udało osiągnąć pójdzie w zapomnienie nie mówiąc o nowych umiejętnościach które może po kolejnej delfinoterapii mogły by się "uaktywnić"

Z całego serca proszę państwa o dofinansowanie Julce turnusu,żeby miała szansę rozwijać swe możliwości.

Poniżej wkleję kilka linków z których można się dowiedzieć troszkę więcej o Julce:

http://www.tvs.pl/36859,julka_i_delfiny.html  Ten reportaż był kręcony zanim Julia zaczęła pokazywać nam,że jest w stanie nauczyć się komunikowania z nami czy też tego jak bardzo się stara wykonywać moje prośby(te umiejętności uaktywniły się jakiś miesiąc temu)

http://www.zrozumieccisze.blogspot.com/
http://www.facebook.com/profile.php?id=100002849364504
http://nk.pl/#profile/23325058
http://www.dobrawioska.org/

Z góry dziękuje!!!
Pozdrawiam bardzo serdecznie.Stachowiak Aleksandra

Ps.Oto adres fundacji która zajmuje się delfinoterapią.  http://www.dobrawioska.org/
Tam znają Julkę i mogą potwierdzić moją wiarygodność.
Bardzo proszę o jakąkolwiek wpłatę,każda złotówka przybliża nas do wyjazdu.Brakuje nam już naprawdę nie wiele bo ok.7tyś.zł.patrząc na koszty całego turnusu to naprawdę bardzo mało.Fundacja Rosa dofinansowała nam już turnus delfinoterapii w wysokości 1500 euro,ale bez pomocy ludzi dobrej woli nie poradzę sobie w zebraniu pozostałych 7 tyś.Proszę nawet o najdrobniejszą kwotę-bo taka również przybliża nas do wyjazdu.

niedziela, 4 marca 2012

"Dogoterapia"


                                                        




                                                Domowy terapeuta!!!



Naszym domowym terapeutom zdecydowanie można nazwać naszą Lunę.

Luna jest labradorem i pojawiła się w naszym domu niecałe 2 miesiące po narodzinach Dawida, czyli w czerwcu 2008 roku.

Tym sposobem mieliśmy dwa noworodki. :)

Na początku jak to ze szczeniakami bywa Luna wariowała i gryzła, co popadnie.

Nie było mowy o pozostawieniu jej samej z którymś z dziećmi.

Nie przez to, że celowo zrobiłaby krzywdę, bo tak nie było.

Po prostu jej pierwsze ząbki były ostre jak szpilki i nawet delikatne podgryzanie sprawiało ból.






„Nasz terapeuta” jednak bardzo szybko nauczył się, że w stosunku do dzieci trzeba być bardziej delikatnym.

Do dziś mnie to fascynuje, bo w zabawach z nami umiała porządnie podgryźć i sprawić, że mimowolnie jakaś łezka poleciała, a jeśli znajdowała się w pobliżu dzieci i z nimi się bawiła to mimo swego młodego wieku, bo była przecież szczeniaczkiem nigdy nie zrobiła im krzywdy.


Wyglądało to tak jakby jakaś blokada się w niej włączała i z rozbrykanego i rozkapryszonego szczeniaczka stawała się opanowanym i bardzo inteligentnym jak na swój wiek psiakiem chcącym przynieść zadowolenie i radość swoim „podopiecznym”

Przed zakupem „domowego terapeuty” dużo czytałam o rasie labrador.

Lecz to, jaki ma charakter nasza Luna przeszło najśmielsze oczekiwania.

Jest cudownym, pełnym miłości do wszystkich psiakiem.

Niesamowicie reaguje i od samego początku reagowała na Julię, Dawidka i resztę rodziny.

Julia przy Lunce uśmiecha się od ucha do ucha.





Ćwiczy chwytanie (Julka nie zbyt chętnie łapie, cokolwiek do rączek) tarmosząc Lunkę za sierść.

A nasz psiaczek dzielnie i cierpliwie znosi wszystko, co Julii wpadnie do głowy…

Dawid nie jednokrotnie ciągał ją za ogon i włożył palec w oko przez nasze niedopatrzenie a nasz cudowny czworonóg tylko go lizał…


Nawet jak się źle czuje i coś ją boli to jak tylko się ją pogłaska i przytuli to żeby pokazać swą wdzięczność natychmiast przychodzi z jakąś zabawką.

 Na pierwszy rzut oka widać, że sprawia jej to ból, bo nie jest tak radosna jak zwykle, lecz mimo to nie patrzy na swoje cierpienie i nie ucieka w kąt żeby się położyć tylko żeby sprawić radość domownikom przychodzi z zabawką i tuli się.

A tu kilka fotek Juleczki z Lunką:)



















Każdemu, kto chciałby powiększyć swą rodzinkę o czworonożnego przyjaciela z czystym sumieniem polecam labradory.

Psiaki te są bardzo łagodne i nie ma obawy, że mogą skrzywdzić jakieś „natrętne dzieciątko”

A za okazaną miłość odwdzięczają się z nawiązką….


Ps. Agnieszko, Rafale z całego serduszka dziękujemy Wam za naszą najcudowniejszą i najukochańszą psinkę. :)




piątek, 2 marca 2012

" Zmiany czyli żegnaj Huto Batory...."



No i dziś ostatni dzień mojego męża na Hucie...

Po prawie 7 latach współpracy, musiał się zwolnić...

Choć można powiedzieć,że wczoraj bo dziś ma urlop.





 Od poniedziałku zmienia pracę.



Teraz jego pracodawcą będzie firma "Mistal"

Firma "Mistal" jest to hurtownia wyrobów hutniczych specjalizująca się w sprzedaży rur stalowych.



Mój mąż będzie odpowiedzialny za załadunek i rozładunek rur o różnych gabarytach.

Każda zmiana niesie za sobą jakąś obawę i lęk ale myślę,że świetnie sobie poradzi.

Tym bardziej, że zmienia tylko lokalizację ponieważ nowa praca ma taką samą branżę jak huta.

No więc mężu kochany powodzenia w nowej pracy.





"Wąż świetlny"





Wąż świetlny zwykle służy do różnego rodzaju dekoracji, ale nie w naszym przypadku.

Tego typu dekoracja to nowy nabytek do domowej stymulacji wzroku.

Jest to prezent urodzinowy.

Julia ma fantastyczny ubaw podczas „zabawo-terapii”

Nie tylko jej się ta forma rehabilitacji wzroku podoba, ale również traktuje węża świetlnego, jako zabawkę, bo tarmosi i ciąga go nieustannie.



Jak widać dekoracje również świetnie nadają się do rehabilitacji widzenia.

Taki zwyczajny wąż świetlny a tyle pożytku i frajdy…



























niedziela, 26 lutego 2012

"Urodzinki Julci"







Dokładnie 8 lat temu na świat przyszło moje pierwsze dzieciątko.

Była taka maleńka, niewinna i bezbronna.

Dzielnie walczyła i znosiła ból i cierpienie, bo doskonale wiedziała, że jej rodzice nie wyobrażają sobie już życia bez niej.

Dziś 26 lutego Julia ma urodzinki, kończy 8 lat i jest najwspanialszą córeczką na świecie.

Swoim uśmiechem i zadowoleniem wynagradza mi wszystko...

Nawet nie wiem, kiedy ten czas przeleciał.

Doskonale pamiętam każdy dzień spędzony w szpitalu na OIOM-e i Patologii Noworodka a tu już taka duża panna z mojej księżniczki.

Dzień był cudowny.

Julia od samego rana była w znakomitym humorze ciągle się śmiała i zaczepiała mnie wydając z siebie okrzyki i piski.

Oczywiście zjawili się również goście.

Po raz pierwszy w swoim życiu Juleczka „zdmuchiwała” świeczki na stojąco a nie, jak co roku siedząc w wózku.

To był niesamowity widok z pewnością nie tylko dla mnie, ale również dla reszty gości.

Julia była prze szczęśliwa, a uśmiech z jej buźki prawie w ogóle nie znikał.















Ps. A tą cudownie śliczną kartkę urodzinową Julia dostała do swojej matki chrzestnej.
Kartka śliczna i wyjątkowa bo z delfinkiem...
 Ciocia doskonale wie ile dobrego przyniosły delfinki i pewnie dlatego  właśnie taką wybrała....